Pokazywanie postów oznaczonych etykietą changsha. Pokaż wszystkie posty

Perspektywa człowieka na ulicy


I chwytam w źrenice ogromy oddali gdzie wszystko jest małe i wszyscy są mali.

„Lot Ikara” Jacek Kaczmarski

            Changsha – stolica prowincji Hunan jeszcze pięć lat temu była domem dla niemal dwóch i pół miliona dusz (prefektura: blisko 6mln). Aleje, arterie, a nawet pomniejsze uliczki miasta kryją się w szpalerach zadbanych drzew i starannie strzyżonych krzewów. Z zielonej powodzi tuż nad chodnikami wyrastają masy betonu stanowiące właściwe ciało tego miasta. Nie jest to jednak widok, który towarzyszy człowiekowi cały czas kiedy pieszo mija kolejne przecznice. Dopiero kiedy opuszcza chodnik wychodząc na przystanek, plac czy też na most, dostrzega krajobraz najeżony wieżowcami. Licząc tańczące w oczach rzędy okien w górujących nad nami budynkami można nie raz postawić 6 krzyżyków dochodząc do odległych, bladych już szczytów.



            Niżej, na poziomie gruntu, pośród zwykych zjadaczy ryżu, bulgocze wieczny biznes – dziarski, wesoły i głośny. Każdy lokal wypełniają jadłodajnie, warsztaty serwisujące niezliczone skutery, a do tego sklepy, sklepiki, drukarnie i wszystko o czym można pomyśleć stłoczone w niekończące się szeregi. Tam cena to sprawa całkowicie płynna (często zależna od godziny i narodowości klienta), radio nie przestaje grać, wiatraki pracują nad ochłodą, a właściciel jest często jedynym pracownikiem. Dzielnice niewysokich (zwykle dwupiętrowych – licząc po tutejszemu od poziomu gruntu) domków są też popularnym widokiem. Zwane są Hutong'ami i sąsiadują często ze znacznie wyższą zabudową budząc razem głębokie, poczucie dysonansu. Hutongi kryją się często za fasadami najważniejszych ulic i sąsiadują z poważnym bankiem, czy apteką i dyskretnie spoglądają z bocznych uliczek.

Czy to właśnie takie osiedle, czy wartka ulica, masa wejść do wszelkich rodzajów przybytków handlu czy też usług jest zdobiona figurami lwów (czy też innych bestii), które tak bardzo kojarzą się z Chinami. Zwykle są wyraźnie cięte z kwadratowego bloku granitu i chociaż masowo produkowane, to jednak precyzyjnie i porządnie. Zaskakujący jest też właśnie wszędobylski kamień, z którego to wielkich płyt i bloków robione są często chodniki czy balustrady nawet w miejscach kompletnie pozbawionych szczególnej wagi, a w tych znaczących już nawet nie wspominając.


Style

            Stylu (a właściwie proporcji stylów w tej mieszance), który panuje w tutejszej architekturze można było się spodziewać. To kraj o komunistycznym rządzie i skupiający się na tym etapie swojej historii. Stalinowski modernizm jest tu wszędobylski i silny, a swoim poważnych rozmachem nie ustępuje porastającemu go kurzowi. Wielkie bryły gmachów pokrywają eksperymentalne ozdobniki najróżniejszej maści wystając z ich elewacji i świadcząc o poszukiwaniach nowej estetyki przez dawnych architektów. Przeplatane neonami i złotymi znakami nadają tej budowlanej mieszance specyficznego dla Chin, dziwnego i przebrzmiałego splendoru.
            Z drugiej strony Changsha (podobnie jak same Chiny) intensywnie się zmienia. Budynki powstają, padają, zostają zastąpione, poprawione i tak dalej w nieskończoność. Gdziekolwiek się ruszymy widać rumowiska, żurawie i budynki obleczone rusztowaniami i zieloną siatką skrywającą kształt powstającej konstrukcji. Panta rei. Jest to jeden z powodów, dla którego ciężko znaleźć tu prawdziwie historyczną zabudowę. Owszem, wiele budynków jest stylizowanych na tradycyjne, chińskie domy o wywiniętych kalenicach i pokrytych drobną, półokrągłą dachówką, ale powyżej drugiego czy trzeciego piętra zwykle przekształcają się już w modernistyczne eksperymenty pokryte łazienkowymi kafelkami czy kopiujące europejskie wzorce z losowej epoki. A na sam koniec zostają nie raz ukoronowane szklano-stalowymi dobudówkami. Jeden budynek potrafi powiedzieć wszystko.
            Changsha to jednak miasto bogate i szybko rozwijające się, więc wszelkie konstrukcje, które zawadzają, są nie dość wydajne, zdają się ustępować nowym wieżowcom, których to wysokość ogranicza podobno tylko korytarz powietrzny biegnący nad miastem.


           
Style mieszają się, ale są tu jednak rzeczy uniwersalne. Każdy dom i niemal każde pomieszczenie musi posiadać klimatyzator. Biała skrzynka owinięta rurami widnieje niemal przy każdym oknie i to zwykle w towarzystwie kilku bliźniaczych instalacji. Po tym jaką pogodę zastaliśmy przybywając do Chin jestem w stanie zrozumieć to choć i tak temperatura była już łagodniejsza niż w środku lata. Z drugiej strony nigdzie nie zastaniemy kaloryferów, choć zima potrafi się tu równie mocno dać we znaki. Poniżej odgórnie ustalonej linii biegnącej wszerz kraju nie ma ogrzewania. Uznano je za zbędne i nie jest instalowane przez co czeka nas wigilia przy stole i w kurtkach. Kolejnym wszędobylskim elementem są kraty w oknach. Gięte, proste, najrozmaitsze, ale zawsze wypełniające okna i balkony każdego piętra. Jadąc przez miasto też można napotkać legion małych warsztatów spawających je na wymiar. Mówiono nam różne rzeczy na temat krat, ale mało kto potrafił przyznać, że są tu by powstrzymywać ludzi przed samobójstwami. Ponoć już się ich nie instaluje, ale liczne warsztaty mówią co innego.

O architekturze można pisać jeszcze dużo i na pewno rozpiszę się bardziej w nadchodzących tygodniach (miesiącach?). Cierpliwości...


mk


Ruchy, ruchy!...


To jednak jest inny świat, te Chiny.
Przechodząc przez ulicę, nie wystarczy się obejrzeć, standardowe prawo-lewo-prawo tu nie działa. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, a każde przekroczenie jezdni to nowa przygoda, szkoła przetrwania i walka o przeżycie na raz:D

                                                                                        (Fotografia dzięki uprzejmości Pauliny Chyrc)

Otóż, przechodzi się tam, gdzie się akurat chce. Czasem są pasy. Czasem nawet są światła. Ale co z tego, skoro i tak każdy robi to, co chce i to, na co akurat ma ochotę. Rozwiązaniem jest wymijanie pojazdów i przechodzenie po skosie. Nic akurat nie jedzie? Idziemy! Jedzie? Czekamy, choćby i na środku ulicy, pomiędzy autobusem, samochodem i trzema skuterami. I o ile jeszcze u nas na kampusie nie ma AŻ TAKIEGO ruchu, o tyle już w centrum Changshy trzeba się uzbroić w cierpliwość. Cierpliwość dla tej inności. I w odwagę, oczywiście!

                                                                                       (Fotografia dzięki uprzejmości Pauliny Chyrc)

Do tej pory przez ulicę przechodziłam przyklejona do kogoś odważniejszego, ewentualnie bacznie obserwując niczym nie przejmujących się Chińczyków. Teraz już zdarza mi się żwawiej, i nawet samej! przekraczać nasze uczelniane dwupasmówki.
A jednak, trzeba to przyznać, w tym szaleństwie jest JAKAŚ metoda. Od kiedy tu jesteśmy, nie widzieliśmy najmniejszego wypadku, stłuczki, kolizji, nawet awanturki czy wygrażania pięścią. Ludzie chodzą slalomem. A pojazdy slalomem jeżdżą, powoli, obserwując wszystkich dookoła, zwalniając, przyspieszając, trąbiąc: Uwaga! Jadęęęę!...
Czasem, na środku co bardziej ruchliwego skrzyżowania, pojawia się kierujący ruchem Pan Policjant. On sobie macha, a ludzie jeżdżą. Nie wiem, czy jest tu jakaś zależność, ale całość jakoś działa. Kierunkowskazy już niekoniecznie.

Jedną z naszych większych rozrywek, gdy jedziemy autobusem do miasta, jest obserwowanie ruchu drogowego z przednich siedzeń. Światła nawet bywają, ale i tak odnoszę wrażenie, że wszyscy jeżdżą na raz. Drugim ciekawym zajęciem jest obserwowanie Pojazdów. A są najróżniejsze, zaczynając od zwykłych samochodów z autobusami, przez niezliczoną ilość skuterów, na trójkołówkach i stadach krów kończąc. Czasem jakieś dziecko wystaje przez szyberdach, z ciekawością obserwując otaczającą je rzeczywistość, czasem jakaś pani w przedziwnych rękawicach i paltoku (chroniącym przed wiatrem, a może słońcem?) mknie przez środek kilkupasmowego skrzyżowania.

                                                                                       (Fotografia dzięki uprzejmości Pauliny Chyrc)


                                                                                       (Fotografia dzięki uprzejmości Pauliny Chyrc)

mj

Chiński Złoty Tydzień


Od pierwszego do siódmego października odbywają się huczne obchody z okazji rocznicy ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej. Sklepy i centra handlowe są oczywiście otwarte, natomiast uniwersytety i urzędy są zamknięte.


Jak my spędzamy nasze wolne dni?

Początkowo za radą naszej Laoshi mieliśmy się udać do miasteczka Fenghuang, a następnie do Zhangjiajie. Sprawa nieco się skomplikowała, bez chińskiej pomocy zorganizować tego się nie da! Kupno biletów na pociąg, zarezerwowania hostelu w najgorętszym okresie przerosło nas. Zbyt późno! W tym okresie wszyscy mają wolne i chcą jak najlepiej z tego skorzystać. Niektóre bilety wyprzedały się w kilka minut i to z dużym wyprzedzeniem. Postanowiliśmy zostać i eksplorować bardziej Changshę!

Pogoda niestety nie dopisała i deszcz był dla nas niemiłosierny. Mimo to, niezrażeni udaliśmy się na Orange Isle. W każdą sobotę o 20:30 jest pokaz fajerwerków. Tłumy ludzi wyczekujących od ponad godziny. Wszyscy chcą uchwycić moment. Jednak, nie to zrobiło na nas największe wrażenie, ale tętniące życiem miasto nocą!








Powrót do akadmenika pomógł nam poznać nower hobby, którym jest bezkolizyjne wymijanie Chińczyków przypominające grę w Tetrisa. Wymaga to dużo uroku osobistego oraz zwinności! Polecamy każdemu! ;)

Poszła Kinia do doktora…

Z dedykacją dla Siostry Lekarza, K. D.

Nie, nie…. Ten post nie będzie o mnie, bo nie o to w tym chodzi. Moje gapiostwo i dziwny zbieg okoliczności okazały się idealnym przykładem do przedstawienia chińskiego szpitala. 

Na ten temat co nieco wspominaliśmy wcześniej. Choć wtedy wszyscy byli zdrowi i nikomu nie przyszło nawet na myśl, że trafi do tej instytucji po raz kolejny. 

No więc…. Stało się! W dziwny i komiczny sposób (w którego szczegóły nie będę się wdawać) kostka została skręcona. Pierwsza reakcja jak zwykle w moim przypadku „No przecież nic mi nie będzie…” - uspokoiła moje myśli. Jednak po długich naleganiach, moich wspaniałych towarzyszy podróży, zostałam wpakowana do samochodu i przetransportowana do ośrodka zdrowia. 

Pierwszym przystankiem był oczywiście szpital uniwersytecki na kampusie. Jednak i tu nie znaleźliśmy szczęścia. Gdy tylko zajechaliśmy, przed wejściem wiła się kolejka, która jak nam się wydawało końca nie posiadała… Studenci pierwszego roku obowiązkowo musieli złożyć kompletną dokumentację medyczną i zostać przebadani. Tak więc przykro nam bardzo, ale na ten czas zawieszamy wszystkie „nagłe przypadki”.

Udajemy się więc do jednego ze szpitali w centrum miasta. Na szczęście jest z nami nasz Anioł Stróż Michael. Chwilę po „wczłapaniu” na jednej nodze we wcale nieskromne progi szpitala podbiega do nas ochroniarz z „ofertą” wózka inwalidzkiego (który potem  zresztą wykorzystuje chwile naszej nieuwagi i z wielkim uśmiechem na twarzy robi nam zdjęcie). Propozycje odciążenia zdrowej nogi przyjmujemy niezwłocznie.
I tu chwilę później zaczyna się cała procedura. Pielęgniarka oczywiście zaczyna do nas mówić w swoim ojczystym języku zakładając, że władamy nim płynnie. Jak zwykle z konsternacją na twarzy próbujemy wytłumaczyć, że w tym momencie „only English”… jednocześnie szukając wzrokiem naszego chińskiego opiekuna, który parkuje gdzieś na zewnątrz samochód. Jest! Michael przybywa z odsieczą.


Następnie otrzymujemy do wypełnienia formularz, który jakby się wydawało nie jest wcale taki prosty w obsłudze…. Jakoś dajemy rade. Otrzymujemy numerek i zostajemy skierowani do kasy w celu uiszczenia opłaty za tak zwaną rejestrację. Następnie szybki wywiad środowiskowy… wzrost, waga (w przypadku tych danych wiara na słowo) oraz ciśnienie. Nasza „wycieczka” opiera się na bieganiu od okienka do okienka.
Wreszcie trafiamy do gabinetu. Lekarz po szybkim spojrzeniu na nogę i dotknięciu jej dosłownie raz palcem, pyta „czy boli?”. Po chwili wykazuje o wiele większe zainteresowanie tym kim jesteśmy i skąd przyjechaliśmy, czy też co robimy w tym pięknym kraju. Da się zrozumieć, nawet z naszym ubogim chińskim.

Automatyczne skierowanie na prześwietlenie. Ale nie tak szybko… nie zbadamy dopóki pani nie zapłaci. Tak więc wracamy do początku pielgrzymki i stajemy się kolejnym numerkiem w kolejce do zapłaty. W trakcie czekania na swoją kolej do Roentgena zaciekawieni Chińczycy bez skrępowania podchodzą nachylając się nad polską, skręconą kostką żywo na nią wskazując komentują zaistniałą sytuację. Wreszcie nasza kolej! Po szybkim, a może tak naprawdę wcale nie tak ekspresowym prześwietleniu stopy ze wszystkich możliwych stron, we wszystkich możliwych pozycjach, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia…. Odbieramy zdjęcie! Udajemy się ponownie do gabinetu Pana Doktora. Jednak tym razem nawet tam nie wchodzę. Michael po okazaniu zdjęcia słyszy tylko zdanie : „Kość w porządku, można iść”. 


Lekko zdezorientowane i zdziwione patrzymy na siebie i nie dowierzamy. No nic, skoro żadnych porad, wskazówek, to widocznie tak ma być. Udajemy się do wyjścia, gdzie jeszcze na sam koniec zostajemy uwiecznione na jednym z chińskich telefonów.
PS: noga zdrowa, można skakać! A ja mam nadzieję, że żadne z nas nie będzie musiało odwiedzać już tego miejsca

Odkrywamy Changshę!


Mija dokładnie miesiąc od naszego przylotu. Czas przelatuje między palcami. Mimo to, ciągle czuję się zagubiona w tym kilkumilionowym mieście! Nasz campus oddalony jest od centrum 40 minut drogi autobusem, który kursuje tylko do godziny 21. Każda wyprawa do centrum to dla nas przygoda! Ciągle się gubię i nie wiem, skąd przyszłam i w którą stronę powinnam iść.

Brak dokłanego rozkładu jazdy na przystankach autobusowych utrudnia sprawę – nie ma godzin odjazdu, wypisane są tylko nazwy stacji. Ale jak to przeczytać? Otóż nie od prawej do lewej, tylko! Z góry do dołu. A o której autobus przyjedzie? Nie wiadomo! Jak przyjedzie, tak przyjedzie. Jak kupić bilet? Jak już mi się uda wsiąść, a raczej wcisnąć, do dobrego autobusu to wrzucam do puszeczki obok Pana Kierowcy 2juany (ok.1,2zł), jak ma się miejską kartę to kosztuje już tylko 1,4 juana. Nie ma żadnych kontroli podczas jazdy, nie dostaję biletu, ale też nikt nie sprawdza czy go mam. 



Po drodze obserwują wieżowce i kontrastujące z nimi składowiska śmieci. Bałagan archtektroniczny, nie wiem na co patrzeć, tyle ciekawych, nowych rzeczy wokoło! Nie mogę uwierzyć co się dzieje wokół mnie - ruch uliczny w Chinach to chyba największy szok kulturowy, który doczeka się już wkrótce kolejnego posta ;)
Współpasażerowie przysypiają w pozycjach niewykonalnych nie zważając na ścisk i otaczający hałas.








Wysiadam na Taiping Street- najstarszej ulicy w Changshy z niezliczoną ilością sklepików i barów. Po raz pierwszy czuję się obco. Nie jestem stąd, wyróżniam się. Ludzie wokoło obserwują, widzę ich zaciekawione miny. Niektórzy powiedzą: Hello, bardziej odważni You’re beautiful, a jeszcze inni poproszą o zapozowanie do zdjęcia albo będą próbować cyknąć fotkę z ukrycia.



Centrum Changshy to rozkopane ulice handlowe, sieci alejek sklepów i ogromna galeria. Nic tylko kupować! Zachęcają do tego ulczni naganiacze zaopatrzeni w megafony.


Aby odpocząć od zgiełku miasta udajemy się do parku nad rzeką. To co tam zastaje, przechodzi moje wyobrażenia! Cudowne, interesujące miejsce pełne ludzi. Pan kaligrafujący wodą na chodniku, grupa starszych ludzi grających na nieznanych instrumentach oraz potańcówki na skwerach w rytm przedziwnej, chińskiej muzyki. Nigdy czegoś takiego nie widziałam!


Kolejnym miejscem do którego będę często wracać to Martys Park z dużym jeziorem. Warto wypożyczyć łódkę, podziwiać ogromne lotosy oraz przejść wszystkie piękne mosty!








Przed nami Orange Isle, Yuelu Mountain oraz wiele, wiele innych! :)

md

Festiwal Środka Jesieni


Festiwal Środka Jesieni, czyli Middle Autumn Festival (Zhongqiu Jie), jest drugim najważniejszym dla Chińczyków Świętem, zaraz po Chińskim Nowym Roku. Są to święta ruchome, wyznaczane na podstawie kalendarza księżycowego. W tym roku środek jesieni przypadł na 26 oraz 27 września.
Festiwal trwa dwa dni i  jest świętem spędzanym w najbliższym gronie rodziny i przyjaciół. Podczas spotkania jedzone są ciastka księżycowe, Moon Cakes (Yue bing), które można dostać w wielu smakach, od mięsnych, po owocowe. Jednym z bardziej tradycyjnych jest masa lotosowa. W środku ciastek umieszczane jest niekiedy ugotowane żółtko, które kształtem nawiązywać ma do Księżyca. Młodzi ludzie często nie przepadają za specyficznym smakiem Moon Cake’ów, który jest bardzo intensywny, słodki i dosyć ciężki. Mimo to, wciąż jest to chętnie wręczany podarunek.


Middle Autumn Festival jest świętem związanym z tęsknotą. Okrągły kształt Księżyca, który tego dnia jest najjaśniejszy i najokrąglejszy w ciągu całego roku, w tradycji kojarzony jest ze spotkaniem, możliwością wspólnego zasiadania dookoła okrągłego stołu. Tego dnia, kosztując ciastek i przyglądając się Księżycowi, można nadrobić zaległości i dowiedzieć się, co słychać u rodziny i przyjaciół, jakie zmiany zaszły w ich życiu.

Oczywiście ze świętem tym wiąże się również smutna legenda o rozdzielonych małżonkach.
Chang E, żona bohatera Hou Yi, pod nieobecność męża musiała uciekać przed pragnącym wykraść jej magiczny eliksir Peng Mengiem. Peng Meng był uczniem Hou Yi, który jest też czarnym charakterem tej historii. Eliksir został kobiecie ofiarowany na przechowanie. Każdemu, kto go wypije, umożliwiał wpisanie w poczet bogów. Ponieważ Chang E nie chciała, by napój wpadł w ręce Peng Menga, wiedziała również, że nie ma z nim szans w bezpośrednim starciu, postanowiła sama wypić magiczny napój. W ten sposób przeniosła się na Księżyc, który ze wszystkich miejsc znajduje się najbliżej Ziemi. Zrozpaczony Hou Yi, w podzięce za poświęcenie żony, zaczął składać jej ofiary w postaci potraw. Kult ten rozszerzył się również na okolicznych mieszkańców. W ten sposób zaczęto składać cześć Księżycowi, doszukując się na jego powierzchni kształtu pięknej Chang E.
My również świętowaliśmy Middle Autumn Festival. Spróbowaliśmy ogromnej ilości księżycowych ciastek oraz myśleliśmy o naszych bliskich! :)



więcej do poczytania na temat festiwalu tutaj :D

mj